Select Page


Fotoradary – jest lepiej… niż będzie


 

Pod koniec ubiegłego roku Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej przesłało do konsultacji społecznych projekt założeń ustawy o szczególnej odpowiedzialności za niektóre naruszenia przepisów ruchu drogowego oraz o zmianie niektórych ustaw. Celem proponowanych regulacji ma być – według resortu – podniesienie poziomu bezpieczeństwa ruchu drogowego przez zwiększenie efektywności egzekwowania kar nałożonych za ujawnione przez fotoradary naruszenia.

Niestety deklarowana przez rząd troska o nasze bezpieczeństwo budzi wątpliwości. Tak się bowiem składa, że wszędzie tam, gdzie poprawa bezpieczeństwa wymagała poniesienia nakładów finansowych lub wymagała wytężonej pracy, rządowe projekty zostały zarzucone lub odłożono je na czas bardzo odległy. Przykładem może być kolejne odroczenie o trzy lata wejścia w życie najważniejszych rozwiązań ustawy o kierujących pojazdami, zarzucenie prac nad ustawą o dopuszczeniu pojazdów do ruchu lub brak jakichkolwiek działań związanych z uzdrowieniem sytuacji w szkoleniach zawodowych kierowców. Te zaniechania wraz z określeniem w ustawie budżetowej wysokości wpływów z fotoradarów utrwaliły społeczne przekonanie, że wyłącznym celem proponowanych zmian są próby zrównoważenia sypiącego się budżetu państwa.

Dwie strony medalu
Czy to społeczne przekonanie jest słuszne? Trudno na ten temat zająć jednoznaczne stanowisko. Z jednej bowiem strony fakty są przerażające. Polskie drogi należą do najbardziej niebezpiecznych w Europie. Na co dzień możemy zaobserwować psychopatów za kierownicą, lekceważących zdrowy rozsądek i prawa fizyki, którzy narażają nas wszystkich na śmierć lub kalectwo. Zazwyczaj ich brawura i głupota uchodzą bezkarnie do czasu aż dojdzie do tragedii. Przykładem może być motoryzacyjny celebryta, który jadąc z prędkością 200 km/h na obszarze zabudowanym zabił swojego współpasażera roztrzaskując pojazd na betonowym filarze. Tego żaden rozsądny człowiek nie chce. I takie właśnie przykłady przemawiają na rzecz sensownego systemu automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym, który wspomagałby policję i inne służby.
Z drugiej strony codziennie widzimy pułapki zastawione na kierowców: fotoradary umieszczone bezpośrednio za znakami ograniczającymi prędkość tak, że kierowcy ciężkich 40-tonowych pojazdów nie są w stanie bezpiecznie zredukować prędkości od momentu ujrzenia znaku do momentu minięcia słupka z kamerą, radiowozy policji i inspekcji ukryte na obwodnicach miast, gdzie nigdy nie doszło do jakiegokolwiek wypadku drogowego, samorządowe radary ukryte w śmietnikach położonych na całkowitym odludziu itp.
Innym wzbudzającym kontrowersję przykładem łupieżczego podejścia jest sposób działania fotokamer rejestrujących pojazdy przejeżdżające przy czerwonym sygnale. W warunkach zimowych rejestrują one zjeżdżające ze skrzyżowania autobusy lub ciężarówki, których kierowcy nie są w stanie bez spowodowania katastrofy wyhamować na śliskiej nawierzchni po ujrzeniu żółtego sygnału. Taka praktyka budzi słuszny społeczny sprzeciw.

Efektywność kontroli mierzona w złotówkach
Społeczeństwo intuicyjnie wyczuwa, iż błąd tkwi w założeniach przyjętych przez organy kontroli. Przyjęły one bowiem najłatwiejszy i niemający nic wspólnego z celami BRD sposób oceny efektywności swojego działania. Ta efektywność jest oceniana głównie przez liczbę i łączną wysokość nałożonych kar pieniężnych. Oczywiście nieprawdą byłoby stwierdzenie, że nie przekłada się to w pewien sposób na ogólny poziom bezpieczeństwa ruchu drogowego. Niemniej zależność pomiędzy liczbą i łączną wysokością nałożonych grzywien a poprawą bezpieczeństwa nie jest aż tak duża, jak się to policjantom i inspektorom wydaje. Po prostu taki sposób oceny jest mało skuteczny i prowadzi do sytuacji, w której kontrola i nadzór nad ruchem drogowym prowadzone są niekoniecznie w miejscach, gdzie są potrzebne. Kontrola przy miejskiej ulicy, na której zdarzają się wypadki z udziałem pieszych nie przyniesie bowiem tak dużej liczby mandatów, jak działania chłopców radarowców na miejskiej wylotówce lub obwodnicy. Takie patologiczne podejście pogłębia fakt, iż wpływy z nakładanych sankcji zapisywane są w ustawie budżetowej lub innych planach finansowych.
Tak było i jest z wpływami z kar nakładanych na przewoźników, które stanowią niebagatelną pozycję w planach finansowych Krajowego Funduszu Drogowego, tak też i jest z wpływami z fotoradarów. A to oznacza konieczność realizacji tych planów za wszelką cenę, kosztem zdrowego rozsądku, kosztem naszych portfeli, kosztem utraty zaufania obywateli do działań podejmowanych przez państwo i niestety kosztem zakładanego przez ustawodawcę celu działania służb kontrolnych.

Idą zmiany – na gorsze
Niestety pomimo krytycznej oceny istniejącego sposobu działania służb kontrolnych, przedstawiony do konsultacji społecznych projekt założeń do nowej ustawy zmusza nas do stwierdzenia, iż obecnie jest lepiej – lepiej niż niedługo będzie. Otóż ministerstwo zakłada wprowadzenie odpowiedzialności administracyjnej właściciela lub posiadacza pojazdu, który w terminie 21 dni od otrzymania wezwania ze strony Centrum Automatycznego Nadzoru Nad Ruchem Drogowym (CANARD) nie wskaże osoby kierującej pojazdem zarejestrowanym przez fotoradary Inspekcji Transportu Drogowego. To rozwiązanie samo w sobie nie budzi kontrowersji.
Diabeł jednak jak zwykle tkwi w szczegółach. Otóż właściciel pojazdu będzie zmuszony do uzyskania od kierowcy podpisanego oświadczenia – przyznania się do kierowania pojazdem oraz do podania informacji o jego miejscu pracy. Jeżeli nie uzyska tego oświadczenia i nie wyśle go w 21-dniowym terminie, to Główny Inspektor Transportu Drogowego nałoży na niego w drodze decyzji administracyjnej karę pieniężną w dwukrotnej wysokości sankcji, jaką otrzymać mógłby kierowca. Jeżeli w ciągu 12 miesięcy na właściciela (posiadacza) pojazdu zostaną nałożone trzy kolejne kary pieniężne, to każda następna kara zwiększona zostanie o kolejne 100%. To jednak nie koniec szaleństwa. Kolejna kumulacja o kolejne 100% czeka właściciela pojazdu, jeżeli nie zapłaci nałożonej kary w wyznaczonym terminie. Tym samym za każdą należną złotówkę grzywny budżet państwa – w sprzyjających dla niego okolicznościach – może otrzymać osiem złotych.

Konsekwencje dla przedsiębiorców
Zaplanowany przez resort transportu mechanizm fiskalnej represji najbardziej uderzy w przedsiębiorców branży transportowo-motoryzacyjnej. W wielu przypadkach uzyskanie pisemnego oświadczenia kierowcy w terminie 21-dniowym nie będzie możliwe z przyczyn obiektywnych. Dotyczy to szczególnie międzynarodowego transportu drogowego, w którym kierowcy przebywają dłuższy czas za granicą. Na negatywne skutki będzie też miała wpływ występująca w transporcie płynność kadr. Jak bowiem zmusić byłego kierowcę, z którym przedsiębiorcę nie łączy już żaden stosunek służbowy, do podpisania jakiegokolwiek oświadczenia? Pytanie to jest oczywiście pytaniem retorycznym, gdyż przewoźnik nie dysponuje żadnymi instrumentami, aby zadośćuczynić takiemu obowiązkowi. Dlatego przy znacznej liczbie posiadanych pojazdów, na przedsiębiorców będących ich właścicielami w praktyce nakładane będą kary w poczwórnej wysokości grzywny przewidzianej za konkretne zawinione przez kierowcę naruszenie.
Wprowadzenie zaproponowanych zmian uderzy także w rynek usług motoryzacyjnych, gdzie coraz bardziej powszechnym standardem staje się udostępnianie samochodów zastępczych na czas naprawy oddanego do serwisu pojazdu. I znów trudno przypuszczać, iż właściciel zastępczego pojazdu będzie mógł uzyskać oświadczenie swojego byłego klienta. To samo dotyczy firm ubezpieczeniowych oferujących usługę „assistance”, dealerów oferujących tzw. jazdę próbną oraz wypożyczalni samochodów i wielu innych podmiotów. Przy czym skala tego problemu może być znacznie większa niż nam się obecnie wydaje. Najbardziej kontrowersyjne jest jednak to, że planowane zmiany będą dyskryminacyjne wobec Polaków! Nowe procedury będą mogły być zastosowane tylko wobec osób fizycznych i prawnych mających miejsce zamieszkania lub siedzibę w Polsce.

MTBiGM: nie ma niewinnych, są tylko kombinatorzy
Terminowe uzyskanie oświadczenia kierowcy może być obiektywnie niemożliwe także dla prywatnych posiadaczy pojazdów. Dla przykładu można wskazać przewlekłą chorobę kierowcy uniemożliwiającą złożenie przez niego stosownego podpisu, wyjazd kierowcy na urlop, wyjazd służbowy (oddelegowanie) kierowcy na dłuższy okres czasu, zmianę miejsca zamieszkania kierowcy lub jego wyjazd za granicę na stałe i wiele innych przypadków losowych. W takich sytuacjach nałożenie administracyjnej kary pieniężnej na posiadacza pojazdu nie spełnia jakiejkolwiek funkcji przewidzianej w teorii prawa (prewencja, restytucja), a budzi jedynie słuszne poczucie krzywdy doznanej ze strony państwa i reprezentujących go organów. Niestety pomysłodawcy wyszli z założenia, iż większość Polaków to kombinatorzy i dlatego nie przewidują żadnych wyjątków w tym zakresie, gdyż ich zdaniem ułatwiałyby one oszustwa. Budzi to poważne wątpliwości co do konstytucyjności proponowanych rozwiązań. Zapomniano widocznie o leżącej u podstaw demokratycznego państwa prawnego, pochodzącej z czasów starożytnego Rzymu, zasadzie: lepiej niech 100 winnych uniknie kary niż miałoby się skazać jednego niewinnego. Przyjęte w projekcie odwrotne założenie nie ma niestety zbyt wiele wspólnego ze sprawiedliwością.

Przyznanie się do winy najważniejszym z dowodów
Kolejnym kuriozalnym rozwiązaniem zaproponowanym w założeniach jest zasada, że wyjaśnienia złożone po 21-dniowym terminie nie będą z mocy ustawy uwzględniane w prowadzonych przez Inspekcję Transportu Drogowego postępowaniach. Tym samym najważniejszym dowodem w sprawie o ewentualne wykroczenie będzie terminowe przyznanie się do winy kierowcy prowadzącego pojazd. Wszelkie inne okoliczności mogące pomóc w ustaleniu stanu faktycznego, a które wyjdą na jaw w późniejszym terminie, nie będą mogły być w ogóle rozpatrywane. Nauka prawa karnego zna podobne dążenia do upraszczania procedur w celu zwiększenia ich efektywności, niemniej były one właściwe dla ustrojów o charakterze totalitarnym. Jako przykład można podać obowiązującą w Rosji Sowieckiej tzw. teorię dowodów Wyszyńskiego, zgodnie z którą przyznanie się do winy obalało wszelkie inne przeciwne temu dowody. Oczywiście nie sądzę, aby autorzy proponowanych zmian celowo szli w kierunku wyznaczanym przez totalitaryzm, niemniej droga przez nich obrana wiedzie na manowce. Niech nie zapominają, że posłowie to nie są maszynki do głosowania pod dyktando administracji, a na końcu procesu legislacyjnego jest jeszcze posiadający prawo veta Prezydent. Każdy kontrowersyjny akt prawny ma ponadto duże szanse trafić pod ocenę Trybunału Konstytucyjnego, który wnikliwie bada zaskarżane przepisy pod kątem zgodności z zasadami wywodzącymi się z przepisu art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.

Fotoradary tak, wypaczenia nie
Krytyka fotoradarowej rzeczywistości oraz proponowanych nowych rozwiązań nie oznacza zanegowania potrzeby budowy sprawnego systemu nadzorującego przestrzeganie przepisów ruchu drogowego. Jest to jedno z efektywniejszych narzędzi niezbędnych dla poprawy egzekucji obowiązującego prawa w ruchu drogowym. A sama egzekucja obok szeregu innych niezbędnych działań jest warunkiem koniecznym do sukcesu w walce o zmniejszenie ryzyka utraty życia lub zdrowia na polskich drogach. Aby jednak zaakceptować podejmowane w słusznej sprawie działania musimy widzieć ich sens i celowość. Musimy także widzieć, iż są one jedynie częścią podejmowanych przez władze kompleksowych działań.
Warto przy tym, aby wszelkie negatywne skutki wprowadzanych rozwiązań były ponoszone solidarnie. Nie może być tak, że władza stawia się ponad prawem korzystając z immunitetów, sygnałów uprzywilejowania w ruchu drogowym i innych ulg. Musimy być pewni, że wszelkie nowe propozycje są uczciwe i sprawiedliwe. Gdy to zostanie zapewnione, dyskusja nad systemem fotoradarowym i opór przed wprowadzanymi rozwiązaniami powoli wygaśnie. Niestety zawarta w rządowych pomysłach uproszczona wizja świata albo bardzo niebezpieczne z demokratycznego punktu widzenia założenie, iż wszyscy obywatele Rzeczypospolitej Polskiej są potencjalnymi oszustami lub cwaniakami wymagającymi stosowania bezwzględnych procedur i drakońskich kar nie znajdzie w nas społecznej akceptacji.
Maciej Wroński


 

Katagoria: Komentarz Macieja Wrońskiego
Słowa kluczowe: 
Opublikowano 5 lat temu.