Select Page


Przygoda z warszawską komunikacją miejską


 

Zaraz po nowym roku oddałem samochód do warsztatu położonego na peryferiach Warszawy i stanąłem przed wyborem innego sposobu powrotu do domu. Spacer nie wchodził w grę z dwóch powodów. Po pierwsze dystans do przebycia wynosił 15 km, a po drugie styczniowe mroźne popołudnie nie zachęcało do kilkugodzinnego przebywania na świeżym powietrzu. Jedynym wyjściem była podróż taksówką lub komunikacją miejską. Ze względu na fakt, iż władze Warszawy zachęcają do skorzystania z transportu publicznego – nota bene obrzydzając przy tym życie indywidualnym kierowcom – wybór był prosty: autobus, przesiadka do tramwaju i ponownie autobus. Aby zrealizować ten plan trzeba wpierw zakupić bilety. Niestety w najbliższych kioskach biletów nie było. Warszawscy samorządowcy w ramach noworocznych prezentów zafundowali mieszkańcom stolicy podwyżkę opłat za korzystanie z komunikacji miejskiej. Wydrukowali nowe bilety i jak to u nas bywa nie dostarczono ich na czas do wszystkich punktów. Na szczęście są jeszcze bilety u kierowcy.
Wsiadam do autobusu i zdecydowanym krokiem podchodzę do kierowcy. Niestety próba zakupu biletów i tym razem okazała się nieudana. Banknot dwudziestozłotowy, a właściwie konieczność wydania z niego reszty, okazał się barierą nie do pokonania. Kierowca pocieszył mnie jednak, iż w autobusie jest automat sprzedający bilety. No cóż trzecie podejście do zakupu biletów powinno już być udane. Ufnie wystukałem na dotykowym ekraniku odpowiednie dane, włożyłem kartę płatniczą i … po pobraniu z niej pieniędzy na zakup dwóch biletów ekranik zamigotał i wyświetlił informacje: awaria urządzenia. Oczywiście biletów nie dostałem. No cóż zdarza się. Drogi krajowe mogą się zapadać zaraz po ich oddaniu do eksploatacji, wiadukty walić już w trakcie budowy, a pasy startowe polskich lotnisk pękać po kilku miesiącach użytkowania. Wobec takich faktów, awaria automatu do biletów jest zdarzeniem nie mającym większego znaczenia.
Dlatego jeszcze spokojny i ufny w rozwiązania wdrożone przez najlepszy od czasów przedwojennego prezydenta Stefana Starzyńskiego warszawski samorząd, zadzwoniłem z komórki pod wskazany na automacie numer telefonu. Tam po wysłuchaniu głupawej melodyjki, ostrzeżeniu że jestem nagrywany dla mojego własnego dobra i po wybraniu zgodnie z dyspozycjami płynącymi ze słuchawki kolejnych przycisków na klawiaturze miłym głosem odezwała się osoba prawdopodobnie płci żeńskiej. Prawdopodobnie, gdyż zgodnie z przyjętym ostatnio prawem płeć nie jest oczywista i zależy wyłącznie od roli społecznej. Niemniej po chwili rozmowy uzyskałem informację, że numer telefonu i owszem należy do wskazanej na automacie firmy, ale nie ma ona nic wspólnego z tym urządzeniem, a tym bardziej z jego awarią. Cóż robić? Innego numeru telefonu na automacie nie było. Na szczęście w autobusie wywieszono numer infolinii Zarządu Transportu Miejskiego. Tam muszą być mądrzy ludzie – pomyślałem. Jakby nie było ten zarząd powołany został przez samą panią Prezydent Hannę Gronkiewicz Waltz.
Wybrałem więc kolejny numer w telefonie, odsłuchałem melodyjki, zostałem pouczony, iż jestem dla mojego dobra nagrywany i po wybraniu kolejnych przycisków na klawiaturze uzyskałem połączenie z konsultantem. Pomimo, że nazwa konsultant brzmi poważnie i profesjonalnie, to sama rozmowa była daleka od tych przymiotów. Przez kilka pierwszych minut konsultant usiłował przekonać mnie do ponownego wybrania numeru umieszczonego na awaryjnym urządzeniu. Kilkuminutowa dyskusja na temat, iż nie jest to właściwy numer zakończyła się wreszcie uzyskaniem dwóch ważnych informacji. Pierwsza z nich, powodująca podwyższenie mojego ciśnienia, dotyczyła mojego statusu w miejskim pojeździe. Pomimo pobrania opłaty, wobec niewydania biletów, byłem w świetle przedstawionych w rozmowie zasad gapowiczem. Druga informacja to kolejny numer telefonu należący do zarządu transportu miejskiego. Tam miały być rozwiązane wszystkie moje problemy.
Cokolwiek poddenerwowany zadzwoniłem pod uzyskany numer. I znowu melodyjka, pouczenie o nagrywaniu rozmowy dla mojego dobra i informacja, iż … pod tym numerem mogę zgłosić awarię tramwaju lub autobusu. Trochę mnie to wystraszyło. Czyżby konsultant coś wiedział o stanie technicznym pojazdu? A może zazwyczaj po awarii biletomatu odpadają koła lub co gorsze zapala się silnik autobusu? Na wszelki wypadek przesunąłem się w stronę drzwi wyjściowych i dopiero wtedy nacisnąłem sekwencje kolejnych numerów na klawiaturze, aby uzyskać połączenie z kolejnym konsultantem. Ten zdziwił się moim telefonem, gdyż na wstępie ustaliliśmy, że autobus znajduje się w ruchu i przynajmniej organoleptycznie na razie wydaje się być nieuszkodzony. Po kilku minutach rozmowy, w której usiłowano ponownie przekonać mnie do wykonania telefonu na numer wskazany na urządzeniu, uzyskałem wreszcie namiar na firmę Mera Grodzisk.
Kolejne wybieranie numeru telefonicznego. I znów melodyjka, pouczenie o nagrywaniu, taniec palcami po klawiaturze zgodnie z dyspozycjami płynącymi ze słuchawki i wreszcie kolejny konsultant. Ten przynajmniej nie był zdziwiony i przyznał się, że to ich firma odpowiada za bubel, który okradł mnie z moich pieniędzy. Niestety jako jedyny sposób załatwienia sprawy zaproponował zwrot pieniędzy uzależniony od podania numeru karty kredytowej, którą dokonałem nieudanej transakcji biletowej. I w tym momencie już nie wytrzymałem i zakończyłem rozmowę, bo jak tu udostępniać numer karty niewiarygodnej firmie. W sumie dotychczas kosztowało mnie to ok. 9 złotych za dwa bilety, których nie dostałem oraz opłatę za kilkadziesiąt minut rozmowy przez komórkę. Być może, gdybym podał numer karty straty byłyby większe. A nuż w wyniku kolejnej awarii zamiast oddać pieniądze, komputery firmy Mera Grodzisk wyczyściłyby moje konto bankowe do zera. Wolałem nie ryzykować.
No nic, wysiadłem z autobusu i ku mojemu zaskoczeniu udało mi się kupić bilety w najbliższym kiosku. Lekko pocieszony tym faktem wsiadłem do nadjeżdżającego tramwaju, wsunąłem bilet do kasownika i tam zapaliła się czerwona lampka oznaczająca odrzucenie biletu. Jednocześnie wyświetliła się informacja: bilet ważny od 01.01.2013. Może też się zepsuł – pomyślałem i podszedłem do drugiego takiego urządzenia. Niestety znów to samo: bilet ważny od 01.01.2013. Przeraziłem się dopiero kiedy trzeci kasownik wyświetlił mi taką samą informację. Być może jest jeszcze grudzień 2012 r., a moje mylne, w świetle wskazań zainstalowanych w tramwaju urządzeń, przekonanie co do styczniowej daty wynika z przepracowania, początków szaleństwa lub jest po prostu konsekwencją zbyt dojrzałego wieku i związanego z nim osłabienia władz umysłowych. Dlatego zapytałem się współpasażerów, ile dni zostało do Sylwestra? Spojrzeli na mnie jak na wariata i zapewnili, że jest już 2013 r. Uspokojony co do swojej sprawności psychicznej postanowiłem już nie wysiadać w poszukiwaniu innych biletów lub sprawniejszych urządzeń. Jednego jestem jednak pewny. Dopóki nie będę musiał moja noga nie postanie w żadnym pojeździe warszawskiej komunikacji miejskiej. I to samo rekomenduję każdemu czytającemu te słowa.

Maciej Wroński


 

Katagoria: Komentarz Macieja Wrońskiego
Słowa kluczowe: , ,
Opublikowano 5 lat temu.