Select Page


Quo vadis transporcie drogowy?Quo vadis polska gospodarko?


 

Pierwsze półrocze 2012 r. przyniosło wielu przedsiębiorstwom transportowym poważne straty. Pomimo drastycznego wzrostu kosztów działania przedsiębiorstw transportowych stawki frachtów pozostały na poziomie zeszłorocznym.

Najbardziej dotkliwy dla przewoźników okazał się wzrost cen oleju napędowego oraz koszty związane z wprowadzonym w lipcu ubiegłego roku systemem elektronicznego poboru opłat viaTOLL.
Sytuacji nie ułatwia wzrost stawek ubezpieczeniowych, perturbacje w dostępie do niektórych rynków w międzynarodowych przewozach drogowych, coraz trudniejszy dostęp do kredytów obrotowych i inwestycyjnych, nieuczciwa konkurencja, zatory w płatnościach za wykonane usługi lub bankructwo kontrahentów oraz wiele innych problemów. Dlatego też wielu przedsiębiorców zadaje sobie pytanie o sens dalszego działania. Czy są to przejściowe trudności, czy też trwalsza tendencja rynkowa? Niestety mając na uwadze fakt, iż koniunktura w transporcie drogowym jest pochodną ogólnej koniunktury w europejskiej gospodarce, przewoźnicy nie mogą raczej spokojnie patrzeć w przyszłość.

Widmo kryzysu krąży po Europie
Według Eurostatu w 2011 roku łączny dług publiczny w państwach Unii Europejskiej wynosił 8,22 bilionów euro. Przewiduje się, że pod koniec 2012 r. stosunek zadłużenia do produktu krajowego brutto państw członkowskich UE przekroczy 90%. Oznacza to, że nieuchronnie zbliża się moment, w którym dalsze rolowanie długu publicznego nie będzie możliwe. Po Grecji zaczną padać kolejne państwa europejskie, a za państwami załamie się cały system instytucji finansowych, na którym opiera się współczesna gospodarka. Oczywiście teoretycznie zawsze jest szansa, iż sensowne działania naprawcze pozwolą zapobiec gospodarczej katastrofie. Niestety do dziś europejscy politycy nie potrafią przedstawić nam pomysłów innych niż pomoc publiczna dla systemu bankowego oparta de facto o druk dodatkowych pieniędzy albo o zwiększanie obciążeń podatkowych. A to nawet w przypadku powodzenia wróży sytuację, w której choroba (system finansowy) zostanie wyleczona, ale sam pacjent (czyli europejska gospodarka) nie wytrzyma kuracji.

Czy jesteśmy zieloną wyspą? Wbrew głoszonym jeszcze do niedawna tezom, Polska nie jest enklawą dobrobytu na europejskiej mapie. Pod koniec 2011 r. zadłużenie Polski wyniosło 858,9 mld złotych i nadal rośnie w coraz większym tempie. Oznacza to, że na głowę każdego Polaka, z niemowlętami i staruszkami włącznie, przypada już ponad 23 tysiące złotych długu publicznego. Liczby te są szokujące szczególnie wobec faktu, iż przez kilka ostatnich lat Polska doświadczyła najlepszej koniunktury międzynarodowej w swojej historii, będąc jednocześnie beneficjentem pomocy unijnej szacowanej (niezależnie od przyjętej metodologii) na około  kilkadziesiąt miliardów euro. Niestety „przegrillowaliśmy” ten dobry okres, gdyż pomimo korzystnej sytuacji nie podjęto nawet próby poważnej reformy państwa. Dotyczy to zarówno finansów publicznych, szeroko rozumianego prawa gospodarczego, wymiaru sprawiedliwości i wielu innych obszarów, od których zależy możliwość rozwoju społeczno- gospodarczego naszego państwa.

Czy kapitał ma narodowość?
Dodatkowo na złą sytuację Polski wpływa fakt, iż wiele podstawowych gałęzi naszej gospodarki należy do zagranicznego kapitału. A ten wbrew naiwnym poglądom euroentuzjastów zawsze ma określoną narodowość. Dlatego, gdy w czasach kryzysu likwidowane są miejsca pracy, to w pierwszej kolejności zagraniczne koncerny będą zamykać swoje polskie zakłady – niezależnie od ich rentowności. Polskim finansom publicznym, a tym samym gospodarce, nie pomaga stosowanie przez zagraniczny kapitał odpowiednich instrumentów „optymalizacji podatkowej” w celu wyprowadzania zysków z naszego kraju. Te oraz inne negatywne praktyki będące skutkiem niefrasobliwej polityki gospodarczej i prywatyzacyjnej sprowadziły Polskę do statusu państwa neokolonialnego, w którym wiele decyzji zapada poza naszymi granicami. Dlatego nie powinno nas dziwić utrzymywanie się zawyżonego kursu złotówki, niekorzystna dla krajowych przedsiębiorców polityka kredytowa „polskich” instytucji finansowych i wiele innych zjawisk dławiących naszą gospodarkę.

Koniec zabawy, czas zapłacić rachunek
Dobry czas dla Polski niestety się już skończył. W budżecie Unii Europejskiej zapisano na kolejne lata znacznie mniej środków finansowych przeznaczonych na pomoc dla naszego kraju. W praktyce oznacza to zahamowanie procesu inwestycyjnego w infrastrukturę drogową, będącego do tej pory jednym z kół napędowych polskiej gospodarki. Na dodatek okazuje się, że duża część polskich firm budowlanych zaangażowanych jako główni wykonawcy na finansowanych ze środków publicznych budowach, ma poważne kłopoty wynikające z przyjętego w Polsce modelu zamówień publicznych oraz ze sposobu ich realizacji. Ich niewypłacalność pociągnie za sobą setki działających na ich zlecenie mniejszych firm budowlanych i transportowych. Nie zapobiegnie temu przyjęta w ostatnich dniach czerwca specjalna ustawa. Trudno nawet przewidzieć dalsze skutki bankructw na tym rynku, ale ze względu na tzw. efekt  domina będzie to miało poważny wpływ na krajową sytuację gospodarczą. Dlatego już na jesieni spodziewać się można kłopotów i fali społecznych protestów. Jeżeli zbiegnie się to w czasie z ogólnogospodarczym kryzysem europejskim, to los wielu polskich przewoźników może okazać się niezbyt ciekawy.

Razem łatwiej
Dlatego też, aby zminimalizować negatywne skutki spodziewanego kryzysu, należy podjąć działania likwidujące wszelkie nieracjonalne bariery, o które dziś potykają się wszyscy polscy przedsiębiorcy. Znaczna część najpoważniejszych problemów jest bowiem wspólna dla każdej branży gospodarki narodowej. Pamiętać należy także, iż faktyczne zależności gospodarcze najlepiej przedstawia sieć naczyń połączonych. Zła koniunktura w jednej gałęzi naszej gospodarki momentalnie odbija się na wszystkich pozostałych gałęziach. Tę zależność bardzo dobrze widać w transporcie drogowym. Gdy spada produkcja, to nie ma co wozić. Gdy państwo zwiększa obciążenia dla przewoźnika, to wcześniej czy później odbije się to zwiększeniem stawek frachtów i tym samym większymi kosztami dla innych przedsiębiorców – odbiorców usługi przewozowej. Dlatego dziś, w przeddzień kryzysu, należy zastanowić się nad wspólnym działaniem wszystkich organizacji biznesowych: związków pracodawców, izb gospodarczych i stowarzyszeń. Warto przy tym szukać porozumienia z organizacjami pracobiorców – związkami zawodowymi. Los pracowników zależy bowiem od losu zakładów pracy, w których są oni zatrudnieni.

Skorzystać z szansy
Okazją do wspólnego działania mogą być prace nad zapowiadanym przez rząd pakietem ustaw deregulacyjnych. Ich założenia opublikowane są na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji. Na razie założenia te koncentrują się głównie na kwestiach ułatwień w dostępie do niektórych zawodów. Niemniej przedstawiciele rządu deklarują chęć uwzględnienia rozsądnych wniosków zgłoszonych w trakcie prowadzonych konsultacji społecznych. Warto te deklaracje wykorzystać, o ile oczywiście są one szczere. Czy nam się to uda, zależy od nas samych. Od tego, czy przedstawiciele przedsiębiorców będą umieli współpracować dla dobra wspólnej sprawy. Oczywiście działania te nie zapobiegną nadciągającemu kryzysowi. Niemniej gdy jest ciężko, to nawet najdrobniejszy problem może stanowić przysłowiowy gwóźdź do trumny. Dlatego lepiej zawczasu go usunąć.

Maciej Wroński


 

Katagoria: Komentarz Macieja Wrońskiego
Słowa kluczowe: 
Opublikowano 5 lat temu.